Content

10 komentarze

Praktyczne, fajne, przydatne - czyli nie takie znów głupie sztuczki cz.1 !

Dziś (poniekąd zainspirowana prawem serii w pracy) postanowiłam poruszyć temat kilku trików, dzięki którym możemy w pewnym stopniu przygotować psa do wysiłku fizycznego. Oprócz zwykłego, znanego nam z lekcji wuefu truchtania możemy ( z obopólnym pożytkiem!) nauczyć psa kilku pożytecznych sztuczek, dzięki którym nieco rozgrzejemy, rozciągniemy mięśnie i przygotujemy je do nadchodzących aktywności. Nie mówię tu tylko o agility czy frisbee, ale zwykłym bieganiu przy rowerze, czy joggingu - sami się rozciągamy, spróbujmy też psiaka przygotować! :) Należy też pamiętać, że aktywność trzeba dopasować do wieku psiaka, pory roku, pogody, predyspozycji fizycznych i fizjologicznych (uwaga rasy brachycefaliczne, rasy chondrodystroficzne, psiaki bardzo młode i w podeszłym wieku).

Ach, no i apel - oprócz rozgrzewki, przygotowania teoretycznego i praktycznego bardzo ważne jest rozpoznanie terenu. Naprawdę warto przed rzuceniem dekla czy piłki rozejrzeć się, czy dany obszar  nie obfituje w zdradliwe dołki i górki, które potem mogą kosztować wiele bólu u psiaka, a nas nieźle trzepnąć po kieszeni ( zerwanie więzadła krzyżowego czy zwichnięcie rzepki to nic fajnego - tak tylko :P). 

Oczywiście warunkiem - standardowo, tak jak i u ludzi, jest systematyczność. Nauczenie sztuczki to jedna kwestia, osobna to częste jej wykonywanie - dzięki temu pies, tak jak człowiek pozna mięśnie, o których pojęcia wcześniej nie miał pojęcia (witaj pilatesie po pół roku przerwy ! ), a z czasem będzie w stanie wykonywać je coraz dłużej i ładniej ( jeśli ktoś jeszcze nie widział epickiego susła w wykonaniu duetu Natalia i Lomo marsz na jutuba, tam jest wszystko!).

(uwaga, notka zawiera głównie zdjęcia wakacyjne, jeszcze nie publikowane, mam nadzieję :))



W temacie psich sportów - eko frisbee :)



7 komentarze

Jak to z kuchnią było.

Pierwszy post z cyklu - przed i po :) Na tapetę idzie kuchnia, głównie dlatego, że moje wyobrażenie w konfrontacji z rzeczywistością trochę się zmieniło. Ideę miałam, a  w praktyce zakochałam się w kolorze Beckersa (Cotton Candy), który nijak nie komponował się z moim wymyślonym odcieniem niebieskiego .

Jedna rzecz pociągnęła za sobą kolejne, i w efekcie mam po prostu jasną kuchnię z motywem różyczek (który powtarza się również w salonie/jadalni).


Dosłownie i w przenośni uchylam rąbka tajemnicy :)

19 komentarze

Moje psie problemy i porażki - refleksja po wakacjach :)

Zgodnie z moim postanowieniem ( 1 post na tydzień, w systemie zmianowym - raz post psi, potem "normalny") dziś nastał czas na post podsumowujący nasze wakacje - głównie skupiłam się na elementach, które mają dla mnie kluczowe znaczenie a widać jakieś efekty (bądź ich brak) na tym polu.


Nawet nie wiem, kiedy nam minął ten tydzień :) Nałykani jodu, ogorzali od słońca i wiatru powróciliśmy z nowymi siłami do stałych (starych:P) obowiązków. Nie ukrywam, że i drugi tydzień by się nam przydał, ale póki co wystarczyło. Może w przyszłym roku :)



W końcu udało mi się spełnić marzenie i zrobić zdjęcie otrzepującemu się psu :)


Dla Baloo ten tydzień był bardzo obfity we wszelkie wrażenia, myślę też, że dużo się nauczył. Miał do czynienia z przeróżnymi sytuacjami, których nie napotyka codziennie (część poznawał za szczyla podczas najbardziej "gorących" tygodni socjalu :P). Oto kilka moich porażek "pedagogicznych" – przypominam, że młodzież jest właśnie w uwielbianym przez psiarzy okresie nastoletnim – ostatnio we wstecznym lusterku zauważyłam chyba swoje pierwsze siwe włosy :P

Dla nas po części była to nieustająca praca, i poniekąd, tak to wtedy odczuwałam, orka na ugorze, ale mam nadzieję, że idziemy ku dobremu. Posta opatrzyłam jednak tymi pozytywnymi zdjęciami, nie lękajcie się!

12 komentarze

Co na parapet?

Uff już po wakacjach :) Zgodnie z długoletnią tradycją, 1 września wracam do...pracy tym razem :P
Prace remontowo-budowlane na razie nieco zwolniły, częściowo ze względu na stopnienie funduszy, częściowo ze względu na brak czasu bohatera domu - Pana Męża.

Niniejszym Pan Mąż zakopany jest w nauce i pracy, a ja siedzę i wymyślam co by tu jeszcze można zrobić, żeby było ładniej i żeby nie było wstyd gości zaprosić i na bloga zdjęć wrzucić (wciąż się wzdrygam nad udostępnieniem zdjęć, nie mamy listew podłogowych i parapetów, dlatego pomieszczenia wciąż są surowe). Wczoraj po odpoczynku po długiej podróży Pan Mąż siadł, i stwierdził, że przydałoby się zainstalować lampy ( zabrał się za to jeszcze przed śniadaniem:P), następnie doszedł do wniosku, że w sumie wyprane zasłony lepiej by schły, gdyby tak powiesić karnisze, dzięki czemu już przed kolacją wisiałam na karniszach instalując wyżej wymienione. Na szczęście na tym etapie szał pracy męża zakończył się i zniknął w bachorni / swojej pracowni. Ja odetchnęłam z ulgą :)


Jedyny parapet zrobiony - to ten w łazience, po prostu ciągłość kafelek :) Zdjęcie na szybko machnięte telefonem, za co przepraszam :)

Ale dziś już przy śniadaniu padła kolejna idea (tym razem wykoncypowana przez moją skromną osobę) znajomi za tydzień wracają z wakacji, fajnie by było zaprosić ich na parapetówkę. Ale jak to zapraszać na parapetówkę, skoro nie posiadamy ani pół parapetu? (nie licząc "nagrobka teściowej" - kawałka czarnego marmuru, który został rodzicom po remoncie - tą pieszczotliwą nazwę nadał mój nieoceniony ojciec, przy każdej okazji usiłuje nam go wcisnąć :P). Mąż uprzejmie zainteresował się pomysłem (znamienny jest wpływ posiłków na rozwój wystroju mieszkania), ale zostałam oddelegowana do zrobienia researchu parapetowego.



Czy wiedzieliście jak jest "parapet" po angielsku? Ja nie wiedziałam, na potrzeby notki sprawdziłam - blog uczy, radzi! :D


Behind The Web

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Obserwatorzy

Mój instagram

Instagram
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Polecam