1. Skakanie.
Kiedyś mały papiś wspinający się na nogi nie stanowił problemu. Teraz 21 kilogramowy Bal, który zaraz wybuchnie ze szczęścia (czasem mam wrażenie, że zniknie z cichym pyknięciem implozji i pozostanę w deszczu tęczy, kłaków i brokatu), albowiem Ukochana Osoba właśnie pojawiła się w polu widzenia, stanowi znaczne utrudnienie. Pikanterii dodaje fakt, że moi rodzice wspaniali tak ukochali sobie wnuków, że pozwalają im na przeróżne harce, więc eskalują i tak istniejący problem.
Teraz wyobraźcie sobie - z pracy zazwyczaj wracam 21-22. Ostatnią rzeczą na którą mam siłę jest szaleństwo, dzikie szczeki i fruwanie pod sufitem. Serio. Otwieram drzwi, a tam usadzone jak na szpilkach (Pan Mąż dzielnie pracuje nad tym, żeby psy dopiero na komendę wypuszczały swojego wewnętrznego krakena ) siedzą dwa psy. Oczy mają okrągłe jak koła młyńskie i tylko czekają na magiczną komendę, która pozwoli spustoszyć to, co ze mnie zostaje po pracy.
Proszę nastawić moment od 0:30 :) Tak oto wygląda nasze wieczorne powitanie (Pan Mąż, rzecz jasna, jest tu Zeusem, zamiast słów "release the Kraken", wstawcie sobie prymitywne "ok!")
Bonusem jest to, że przy oduczaniu wskakiwania na ludzi staram się wyważyć proporcje - bo jednak lubię jak Balu na komendę wskakuje mi na ręce, lada chwila zaczniemy ćwiczyć vaulty, więc nie mogę zabronić kontaktu z ciałem przewodnika, muszę jakoś to wyważyć.
2.Używanie imienia przy korektach
| Ru i Ru...A Bala też karcisz Balem! :) |
Ostatnio nawet złapałam się, że w pracy (!) jak chcę skorygować obcego psa mechanicznie robię "tsk! RU!!" * :P W każdym nowoczesnym podręczniku jest napisane jak byk, że imię musi kojarzyć się z czymś przyjemnym, że nie należy karcić imieniem...ale to jest silniejsze ode mnie. No nie potrafię się oduczyć, nie i już!
3. Ciągnięcie na smyczy.
| Dlatego właśnie tak potrzebuję tego obrazka :)) |
Totalna abstrakcja. Kosmos. Ru chodzi ślicznie na smyczy, spacery z nią to przyjemność (hmmm no tu trochę pojechałam fantazją - powiedzmy pod tym względem to przyjemność:P). Natomiast idąc na spacer z Balem mam wrażenie, że któreś z nas ma nie po kolei w głowie. Balu, bo do znudzenia co chwilę staję, albo cofam się kilka kroków, albo cmokam, zmieniam nagle kierunek - no według niego mam napieprzone do głowy i w sumie to nie bardzo potrafię się zdecydować. Według mnie używam osławionej metody drzewka/zmian kierunków/góry. Nasz spacer przypomina zabawkę jo-jo. Balu do przodu, Balu przy mnie, Balu do przodu, Balu przy mnie...i tak aż do porzygu.
4. Przebywanie na meblach.
| Że niby coś nie tak z kanapą? |
Przyznaję się bez bicia - osobiście lubię mieć psa na kanapie, lubię drzemać na łóżku z psami wtulonymi we mnie. Pan Mąż natomiast postawił granicę - nie ma spania w łóżku z psami ( w nocy, hyhy :P). I, jako że Pan Mąż rzadko kiedy wyraża swoje zdecydowane obiekcje na temat przeróżnych psich zachowań, jest to respektowane. Niestety kanapa też traci na uroku, bo żeby nie została totalnie zafajdana przez łapy i błoto muszą na niej leżeć mało eleganckie kocyki.
![]() |
| Typowy Bal wieczorem. |
O ile psy na kanapie w domu to moja sprawa, o tyle zaczynają się schody, kiedy pojawiają się goście niekoniecznie psiolubni, czy psy są na wyjeździe i próbują zdobyć kanapę mieszkańców. Oczywiście na komendę schodzą, czy uprzedzone wcześniej nie wskoczą na mebel, ale generalnie mają zakodowane w móżdżkach, że warto spać na tym posłaniu, bo wygodnie i fajnie. Ru gdy do nas trafiła była nauczona, że na meble wchodzić nie wolno. Cóż, zauważyliście pewnie czas przeszły - ups!
5. EMOCJE !!!111!!!oneone!!!
| Dorwać i zabić. Oto taktyka. |
Aż westchnęłam ciężko. A potem wzięłam dwa głębokie wdechy. A potem poszłam zaparzyć herbatki z melisy. Balu, obrazowo mówiąc, pływa w oceanie swoich emocji (hm, hm,), potrafi pięknie wybić się ponad powierzchnię, czasem unosi się na wodzie, czasem zanurkuje - wszystko jest kontrolowane i rzadko kiedy zdarzają się chwile odmóżdżenia ( jak wspominane kilka notek wcześniej nasiąkanie mózgu przy kontakcie z wodą). Natomiast u Ru to jest emocjonalny rollercoaster góra-dół-góra-dół-nie-wiem-gdzie-góra-gdzie-dół-zatrzymajcie-świat-ja-wysiadam. Mam nadzieję, że uda nam się kiedyś odcisnąć piętno w jej mózgu, że zen się opłaca, ale na tą chwilę jesteśmy bardziej w dzikiej krainie hałasu i nienawiści niż w Ponylandzie.
Weźmy na ten przykład spacer - jeśli chodzi o bieganie z psem na pasie - oj święty Barnabo! ** Pierwsze kilka minut zamiast przyjemnym kłusikiem odbywa się DZIKIM GALOPEM bo już bo biegniemy, misja, misja napieprzać!!! Wydaje mi się, że wtedy dla postronnych osób wyglądam ja narciarz wodny...tylko bez nart i wody :P Muszę kilka razy przystanąć, przemówić do rozumu łaciatym, a potem jeszcze...i jeszcze i po jakiś 5 minutach dzikiego cwału jesteśmy w stanie sobie w trójeczkę grzecznie kłusować.
A u Was jak to wygląda? Jestem ciekawa Waszych historii :)
*W tym momencie chciałabym gorąco pozdrowić moją kochaną współlokatorkę ze studiów i towarzysza w niedoli, który nauczył mnie tego sygnału dźwiękowego :P
** Przecisnęłam tylko jeden tom, i umarłam, nie jestem w stanie pójść dalej :P






