Content

37 komentarze

Klatka



Cutness overload - mały Baloo i zabawa w Crate Games.

Klatka - wymysł, czy sprzęt niezbędny? Wiele osób uważa to za barbarzyństwo, ludzi klatkujących swoje psy za znęcających się nad nimi psycholami ( to z opowieści osoby, która po występie schowała zmęczonego psa do klatki i została zbluzgana przez starsze małżeństwo).

Osobiście zanim poczytałam i zaczęłam się przygotowywać do pierwszego psa, miałam mieszane uczucia - a to tylko dlatego, że nie wiedziałam o co tak naprawdę chodzi. Potem pojechaliśmy po szczeniaka, zobaczyliśmy jak bardzo trzeba na bydlę uważać, i wystarczy chwila nieuwagi, a pies zrzuca sobie lampę na głowę (brzmi dramatycznie, na szczęście to była ta papierowa, ikeowska lampka stołowa :P). Na szczęście klatkę mieliśmy już przed przybyciem szczeniaka do domu (ach, kompletowanie wyprawki to superanckie chwile!).

Ale od początku - po co tak naprawdę wprowadzić klatkę?


Ze względów bezpieczeństwa - szczególnie u szczeniąt. Nie każdy ma możliwość przebywania ze szczylem 24 godziny na dobę (ba, podejrzewam, że mało kto!). Dzięki dobrze "zrobionej" klatce można spokojnie zamknąć za sobą drzwi i być pewnym, że nic złego się nie stanie (co prawda w moim przypadku to nieco nad wyrost, bo pierwszy raz zostawiając Baloo samego w klatce - sprintem pobiegłam do sklepu, kupiłam losową rzecz wracałam jak na skrzydłach z wizją Bala z urwaną łapą, zarzyganego i utoczonego w kupie).

Dla higieny psychicznej psa - myślę, że każdy z nas potrzebuje swojego miejsca, swojego kawałka ziemi, wypoczynku od kochanej rodzinki, współlokatora. Takiego, gdzie można się zaszyć i nikt nam d...to znaczy głowy nie zawraca. Psy tego też potrzebują. Dobrze wprowadzony trening klatkowania pozwoli psu wyciszyć się i odpocząć nawet w najbardziej stresujących, emocjonujących miejscach:

Tu, żeby być szczera wobec Was napiszę - że przy hardcorowej sytuacji (idę z Ru z deklami, Balu zostaje w klatce, czy wszystkie psy wychodzą a Ru zostaje) zdarza się pisk i krzyk, ale ogólnie siedzą cicho i obserwują. 

Dla własnego świętego spokoju - żeby uspokoić rozemocjowanego psa i jednocześnie nie doprowadzić do tego, że zamilknie na wieki - właśnie wykonałam ten zabieg przed chwilą, bo ekipa zbytnio się rozochociła w zabawie. Jedno powędrowało do klatki, jedno na posłanie, 5 minut rozkminy i teraz mam nowe psy.

Czasowa izolacja od sytuacji stresowych - gości, małych dzieci, innych psów. Ja używam klatki do podawania posiłków z kośćmi - po przykrej sytuacji, gdzie Bal łykając na szybko indyczą szyjkę niemal się zadławił i musiałam mu rękami z gardła ją wyciągać.

Podróżowanie staje się łatwiejsze - dlatego, że pies ma swój mobilny dom. Wspominałam już we wcześniejszej notce, że lżejszą wersję klatki mój pies uwielbia - gdy biorę go do pracy, czy jedziemy na wakacje, czy jesteśmy na seminarium on w klatce odpoczywa i się relaksuje. To jest jego prywatny teren i już.

Miłość od pierwszego złożenia! :)
Ograniczenie ruchu po zabiegach/kontuzjach. Każdego psa po operacji wolałam oddzielić - jeszcze naćpany, niepewny, bardzo drażliwy, nieprzyjemnie reagował na pobratymca usiłującego obwąchać go od stóp do głów.

Jak ja nauczyłam przebywania w klatce?


Przygotowywałam oba psy, Balu dzięcieciem będąc się uczył, Ru jako stary , dziewięciomiesięczny babon :)

Nie było to dla mnie łatwe, szczególnie przy małym szczeniaku. Zaczynałam od budowania dobrych skojarzeń z klatką - czyli serwowania tam posiłków. Klatka była cały czas otwarta, w sypialni, gdzie wszyscy dość często przebywamy. Wiązał się z tym cały łańcuch - w kuchni sypałam karmę do miski, szczylek radośnie biegł ze mną w stronę pokoju z klatką, ja wydawałam śmieszny dźwięk - komendę "klatka!" młodzież ochoczo wbiegała i pałaszowała kolację. W tym czasie drzwiczki przymykałam, w momencie gdy posiłek miał się ku końcowi, drzwiczki były otwierane, potem stopniowo wydłużałam moment otwarcia drzwiczek i dodawałam komendę zwalniającą "ok". Czasem rozsypywałam coś pysznego w klatce, żeby młody sam odkrył, że to samo dobro jest.



Następnie, jak już skojarzenie było i Balu uczył się ze mną pracować wprowadziłam bardzo fajne zabawy - znane szerzej jako Crate Games :




Tym sposobem powoli, powoli klatka stała się czymś najwspanialszym na świecie! 

Na tym etapie mieliśmy opanowane 

1) Dobre skojarzenia z byciem w klatce, 
2) Komenda była powiązana z czymś fajnym, 
3) Zamknięte drzwiczki nie były dramatem


Balu po swoim pierwszym seminarium.

I przeszliśmy do najtrudniejszego momentu - maluch musiał zostać na chwilę sam w pokoju. Do tego etapu podeszłam po wyjątkowo wyczerpującym dniu - takim, że zwierz ledwo żył i na oczy widział. Pozostawiłam go w klatce i opuściłam pokój. Zgodnie z przewidywaniami rozpoczął się dramatyczny płacz (a płacz szczeniaka wbija w serce noże), stałam tuż za progiem, dla niego niewidoczna i prawie płakałam, że muszę wytrzymać. Z chwilą gdy szloch ustał, weszłam i nic do niego nie mówiąc oceniłam, czy jest w miarę ok psychicznie (czyli nie ma WYPUŚĆ MNIE NATYCHMIAST JA TU UMRĘ!!!) i pozwoliłam  mu z klatki wyjść. Kluczem tu jest nie reagować na jazgot, płacz i darcie szat. Z czasem wydłużałam czas mojej nieobecności aż do wyjścia do pracy. Balu bardzo lubi klatkę, zresztą jak widać na filmiku - komenda wykonywana jest chętnie :)


Z Ruby było nieco trudniej, bo była już prawie dorosła i krnąbrna. I podobnie jak w tamtym przypadku zaczęliśmy od brzuszka :) Czyli ustawiliśmy sesję klikerową tak, że za wejście do klatki był k/s. Klatka cały czas była w pokoju, otwarta. Następnym etapem było serwowanie jedzenia w klatce - przy zamkniętych drzwiczkach i otwieranie ich po jedzeniu. Niestety jakiekolwiek wariacje pod tytułem "zamknę cię w klatce, będziesz jadła a ja wyjdę" skutkowały niekończącym się wrzaskiem połączonym z próbami wzięcia klatki taranem. Stopniowo więc dawałam konga wypełnionego czymś przepysznym (nie jakieś tam, kulki, phi!) i...szłam pod prysznic, żeby nie kusiło mnie ją opierdzielić. Kilka wieczorów z rzędu był wrzask pomieszany z mlaskaniem (typu : "TY TAKA OWAKA JAK TYLKO WYJDĘ TO CI TĘTNICĘ PRZEGRYZĘ" z "Omnomnomnom! Dobre jedzonko!"). Przełom nastąpił jak wpadłam na pomysł, żeby wieczorem, gdy układała się w niej do snu, zamykać drzwiczki i otwierać dopiero następnego dnia rano. Potem już idąc z jedzeniem podłożyłam komendę "klatka" i udało się. Jadąc na trening obawiałam się, czy Ru odważy wejść się do obcej klatki, ale na szczęście nie stanowiło to dla niej żadnego problemu.




Czy klatka ma jakieś wady?

Dla mnie wadą jest jej wielkość i słaba ustawność -  no nie za ładnie wygląda taka kolubryna u nas w sypialni, poza tym idąc w nocy się napić z uporem maniaka walę piszczelem w drzwiczki.

Źle wprowadzona (jako narzędzie izolacji i kary) może budować traumatyczne skojarzenia i nasilać lęk separacyjny.

 Jaką klatkę wybrać?

Mam dwa warianty (materiałową i metalową), ale zaczynałam od metalowej, dopiero gdy musiałam wtargać do auta metalową klatkę, po czym wytargać ją w miejscu docelowym i rozłożyć, stwierdziłam, że to czas poczynić zakupy :)

Pierwsze seminarium i mój koszmar :P


Metalowa klatka jest wytrzymała, solidna i łatwo się ją czyści, ale przy tym sakramencko hałasuje (do tego stopnia, że Pan Mąż podłożył w niej piankę do paneli, aby wytłumić dźwięki). Jest też ciężka i nieporęczna. Bywa, że rdzewieje i w wtedy w ogóle spada jej estetyka. Gdybym miała wybierać od nowa, na pewno kupiłabym czarną a nie zwykłą ocynkowaną.

Materiałowa klatka to odkrycie roku! Bardzo wygodna, estetyczna, składa się łatwo, rozkłada również, psy ją uwielbiają. Niestety nie jest stabilna, no i ciężko ją uprać, a pies dopiero przyzwyczajany do klatki może ją w pięć minut roznieść w pył (dłuuugo zajęło Ru uzyskanie kredytu zaufania na materiałową klatkę :P). Według mnie jest dla psów, które mają opanowaną ideę w 100% Pies w trakcie nauki wypoczynku zbyt łatwo może doprowadzić do jej rozwalenia.

Wasze psy też mają swoje klatki? Czy jesteście bardzo przeciwni tej metodzie?


PS. U nas plany zmieniają się jak w kalejdoskopie - jednak do Warszawy jedziemy pociągiem. Ale nie byle jakim, moi drodzy, bo natrafiliśmy na promocje i jedziemy Express City Premium czyli PENDOLINO :D
43 komentarze

Co biorę na seminarium wyjazdowe?


Tak, należę do tej nielicznej grupy osób, które LUBIĄ się pakować. Powaga. Już na kilka dni przed wyjazdem zastanawiam się co wziąć ze sobą, w sypialni powstaje kupka Rzeczy Niezbędnych. Co jakiś czas z zadowoleniem ją przekładam, dorzucają małe drobiazgi (w moim mniemaniu najpotrzebniejsze na świecie) do odczucia pełnej satysfakcji z wycieczki. Nie inaczej jest tym razem - wybieramy się na seminarium z Magdaleną Łęczycką - Wszystko o obedience. 

Warszawo! Przybywam! Przyjeżdżam wehikułem - a jak już większość wie, wiąże się to z szybami opryskanymi jadem i znacznym podniesieniem tętna oraz ciśnienia. Możecie być pewni, że podczas tej podróży Baloo nauczy się płynnie kląć przynajmniej w dwóch językach.

W każdym razie - do rzeczy - co biorę na dwudniowy wyjazd poza dom? Ano ze względów wspomnianych wcześniej (znanymi jako : Ja Nie Robię W Upał i Sprawa Mokrej Szmaty) na pewno zabieram kurteczki - Hurtta Cooling Coat i Hurtta Torrent Coat - nigdy nie wiadomo czym koniec maja nas zaskoczy!

Oprócz tego, bezwarunkowo do plecaka wędruje kocyk z Biedronki. Ponieważ jest piękny i niepraktyczny (te włoski!).


Oprócz tego Niezbędnik Szkoleniowca - czyli pierdyliard szarpaków wszelkiej maści (ja preferuje brać te ulubione i z tego powodu rzadko używane) tu mamy cały przekrój od Chuckit! Ultra Tug, po Jolly Ball, szarpak z Rauki i szarpak z Dog Style plus piła Toyz z Tesco. No i wysłużony koziołek, który najpewniej dokona żywota na tymże seminarium.

Oprócz tego niezbędnik spacerowo - poruszający się po mieście - szelki Hurtty, obroża Lupine (ostatnio, w tą szarugę, ulubiona), smycz bez firmy (ale za to z Czech!), antypoślizgowa. Oprócz tego najlepszy z najlepszych kliker Starmark Deluxe (nie ma lepszego!). 

Na tak zwany wszelki (jakby komuś wypadło podróżowanie autobusem) - kaganiec Baskerville. Plus, oczywista, rolka kupiastych worków, żel antybakteryjny do rąk, chusteczki higieniczne i wilgotne chusteczki - na ręce ulepione pasztetem/parówą czy...właściciele długowłosych psów z piórami przy tyłku zrozumieją, w czym rzecz :)

Z kulinariów mamy Bosch Fruitees sztuk dwie - ale jeszcze dojdą do tego dobrości typu pasztety i parówy (niestety większość BARFnych smaków nie podoła w nieznanych warunkach) oraz saszetka, która to wszystko będzie musiała pomieścić. Przetestowałam wiele różnych, ale tak naprawdę tylko ta przetrwała Woodstock a potem seminaria, szkolenia, spacery i treningi - reszta już dawno spoczywa w koszu na śmieci. Kochani moi - tylko Jansport! Rzecz jasna oprócz tego mamy dwie michy podróżne i micho-butelkę na trening właściwy. 


No i również - kwestia nie do przecenienia - mobilny, ulubiony dom piesków (zooplus). Nie jestem w stanie na nowym miejscu rozłożyć tej klatki, bo od razu któreś siada na niej. Nie wiem, w czym tkwi fenomen, ale fakt jest faktem, że był to dobry zakup. Na zbliżające się wakacje muszę pomyśleć o drugiej.


Jeszcze tylko 3 dni pracy, termos kawy (wyruszamy o 4 rano), zastrzyki glukozy (przypominam - wyruszamy o 4 nad ranem) i witaj przygodo! Z kim się widzimy?

34 komentarze

Porażki


Pamiętacie jak pierwszy raz stwierdziliście "a, już chyba wiem, o co chodzi w tym pedałowaniu!" i za chwile spadliście z roweru i stłukliście kolano? Albo pomyśleliście sobie "co, ja nie wyjadę!" i w deszczową, ciemną noc przytarliście auto mamie?

Porażki.

Podobno wpisane są w życie. Te początkującego traktowane są pobłażliwie - no przecież wiadomo - nikt mistrzem się nie rodzi. Sami rozpoczynając jakąś aktywność dajemy sobie spory margines pobłażania, strefę na poprawki. Schody zaczynają się dopiero później. Jak coś - niecoś się wie, kilka sukcesów (mniejszych czy większych - bez znaczenia) ma się za sobą. Wtedy wiele osób osiada na laurach, myśli, że skoro poradziło sobie z taką sytuacją, to bez pudła i w innej  też da radę. Okazuje się, że w tym tkwi pułapka.

Niby łatwo się mówi - zawsze trzeba mieć jakąś szarą strefę niepewności. Ja z kolei znając siebie te dwadzieścia kilka (ileż to już ?) lat, wiem, że tak nie potrafię. Jeśli pozostawię sobie zbyt duży margines błędu - traktuje to jako porażkę. Nie potrafię sobie pobłażać, więc każde źle wykonany krok traktowany jest jako koniec świata. Automatycznie zniechęca mnie to do dalszych działań (ba, cały pierwszy rok studiów beczałam w słuchawkę i chciałam wszystkim rzucić w sto diabłów), bo stawiam się na samiuśkim końcu. Co ciekawe - perfekcjonistką nie jestem, ba, obraz mojego domu to porażka wychowawcza mojej mamy :)

Im robię starsza się robię, tym bardziej to widzę. 

Inni potrafią obrócić kota ogonem, powiedzą, że tyle razy się udało, co to jest ten jeden błąd. U mnie w głowie wyświetlał się od razu napis " O JEZU JESTEŚ BEZNADZIEJNA, TO NIE MA SENSU, NIE POTRAFISZ NAWET TAKIEJ PROSTEJ RZECZY ZROBIĆ, LEPIEJ ODDAJ TE PSY". Z perspektywy czasu i doświadczeń (ciężkie studia, przymus ogarnięcia auta, trudna praca zawodowa) i upływających lat powoli staram się sobie samej zluzować. 

Co ciekawe - to właśnie posiadanie psów i chęć wychowania ich w dobry sposób zmusza mnie to przemyśleń, analiz. Zastanawiam się, co zrobiłam źle (bo doskonale wiem, że to ZAWSZE jest mój błąd, nie psa), jak to naprawić i - powoli, w sumie dzięki Panu Mężowi , staram się ocenić skalę wpadki - czy faktycznie jest to "KONIEC ŚWIATA DO NICZEGO SIĘ NIE NADAJESZ", czy tylko pies pociągnął do innego psa. 

Teraz już wiem, że takie podejście do niczego nie prowadzi. Że moja spina "żeby tylko dobrze wypaść!" na seminarium, treningu, spacerze czy treningowych zawodach bardzo odbija się na psie. Że mój pies jest ze mną związany i odbiera każdą moją zmianę charakteru i przerabia na swój sposób. Moją niepewność - postara się zamaskować i na swój sposób mnie wesprzeć ( w taki sposób, jaki sam potrafi - niekoniecznie przeze mnie pożądany, o czym przekonał mnie Baloo na owcach).


Że wybierając się  gdziekolwiek z psem muszę wziąć pod uwagę, że od teraz nie tylko ja borykam się ze swoimi wadami. Mając owczarka mechanizmy są zupełnie inne - dla mnie zadziwiające. To porozumienie dusz, odtąd nie tylko pracuję nad sobą dla siebie - ale też dla mojego psa, który widzi we mnie przewodnika. Jeśli ja się pogubię - on będzie usiłował mnie wesprzeć. Jeśli on nie wie co robić, oczekuje, że to ja wskażę mu drogę i podpowiem - jesteśmy już zawsze ZESPOŁEM.

Podczas pasienia idealnie pokazały się moje najsłabsze strony ( ta nieszczęsna niepewność siebie ). Prowadzący bardzo ładnie zaobserwował mechanizmy, wskazał mi o co chodzi w danych zachowaniach. Tak byłam zagubiona i spięta, że Baloo postanowił pokazać wszystkim, że on mnie będzie bronił - jeśli przyjdzie taka potrzeba. Z kolei Ru poczuła się zagubiona i wpadła w panikę, pokazała mi, że jest totalnie nie odpępniona, jeśli nie ma w nas wsparcia (= byliśmy odgrodzeni płotem). Pokazała ile jest w niej lęków i obaw, z czym tak naprawdę się boryka na co dzień i jak bardzo potrzebuje mojego spokoju.

Oprócz tego psy pokazały jak bardzo chcą ze mną się komunikować, jak potrzebują mojej akceptacji i chcą ze mną pracować, wspierać mnie i komunikować się ze mną. Do tego stopnia, że mnie to wzruszyło.


Po "owcach" byłam w szoku. Kilka dni musiałam układać sobie w głowie, przewartościowywać, kalkulować na ile i jakie porady musimy wcielić w życie, żeby było nam razem jak najlepiej. Tak naprawdę do tej pory wszelkie uwagi rozpatruję, wciąż je trawię. Faktycznie, przy zaleceniu, żeby mniej się komunikować (kolejna moja bolączka, przy niepewnej sytuacji wpadam w słowotok), a więcej pracować ciałem niż słowami zauważyłam pewien postęp. Powoli przychodzi czas, żeby zmierzyć się ze swoim ego po raz drugi.



A tak na marginesie nic bardziej nie sprzyja przemyśleniu swojego stosunku do świata, postrzegania swojego podejścia nie tylko do wychowania psów niż spacer z nimi na zupełnym relaksie *. One kłusują sobie koło mnie, ja "idę & myślę". Bez telefonu komórkowego, bez jakiejkolwiek zbędnej rzeczy. Cisza, spokój, czas na poukładanie myśli. Ale to chyba każdy psiarz zna z autopsji? :) Wiem na pewno, że pierwsza sesja 'powrotu do korzeni' zatrzęsła moim myśleniem w posadach. Strach pomyśleć co to będzie dalej!



* chyba, że khem, khem jak inspiracja notki spierdzieli w dal za sarną i wróci po 2 minutach zachwycona całym zajściem - wtedy dobre ciśnienie zapewnione i bez kawy!
38 komentarze

Nowości na wiosnę!



Zastanawiam się nad wprowadzeniem dwóch postów na tydzień - jednak ze względów niezależnych ode mnie (życie, praca zawodowa) musiałyby być to szybkie posty - głupotki, takie "szorty" jak dzisiejszy :)

Niniejszym przedstawiam Wam nowości w ozikowym wydaniu :)


1. Hero Xtra 235 Freestyle - jak dotąd moje ulubione dyski. Całkiem trwałe, sprężyste, przyjemne do nauki. Zdecydowanie lepiej mi się nimi działa niż Fastbackami. Stare już nieco przypominają naleśniki, ale wciąż żaden z nich nie pękł. Do tego doszła promocja w Fun4Dog - i ot, mamy :)

2. Hurtta Torrent Coat - zaraz po Cooling Coat kolejny mus do odhaczenia na liście. Pewno zastanawiacie się dlaczego? Ano głównie z tego względu, że po dłuższych, przymusowych wyprawach w rzęsistym deszczu pies schnący w sposób naturalny pachnie mokrą, starą szmatką. Oprócz tego seminarium w strugach deszczu przeżyłam w zeszłym roku ( pierwszy dzień LADC) i szczerze powiedziawszy, strasznie żałowałam, że nie mam jak psa uchronić przed wilgocią i zimnem (nocowaliśmy w namiocie, więc opcja wyschnięcia po powrocie również nie wchodziła w grę).

3. Kong Aqua. Mamy dość swobodny dostęp do wody, oba psy ją kochają, w pewnej odległości od miejsca docelowego mamy nawet pomost do prób Dog Divingu...czego chcieć więcej? Ano trzeba przekonać Baloo, że zabawki w wodzie warto brać do pyska ( wszystkie materiałowe wybitnie go obrzydzają) a Ruby, że potrafi pływać, a nie tylko brodzić w wodzie po paszki. Nic tylko czekać aż Bal się zagoi i brać się do roboty!

4. Gumowa kość z TPR, zooplus - podobno pływa, a będzie jej mniej szkoda niż Konga w razie niepowodzeń, dlatego idzie na pierwszy rzut :) 

5. Kong Bounzer, L. - podczas gdy wszyscy zachwycali się tymi z Biedronki (u nas szarańcza przeszła przez tego sympatycznego owada i mogłam moim łaciatym kupić jedynie drapak lub myszkę na sznurku), ja postanowiłam zarzucić frustracje i poszukiwania (będzie chciało = przyjdzie do mnie samo, tak jak było z biedronkowym zestawem agility) i poszukać u źródła. Baloo w kołnierzu na widok czerwonej gruszki zapalił się do tego nieziemsko! Jest to zabawka która generuje u niego uśmiech na ryju sapanie i odganianie Ru, jako potencjalnego zagrożenia - nie sądziłam że kawałek nadmuchanej gumy zwykłym memlaniem może zająć psa na tyle minut! :)

6. i 7. Szelki norweskie Hurtta, seria limitowana, niedostępna w Polsce. Fejsbukowicze widzieli lamenty. Przekopywałam eBaya, aż Dobra Dusza podrzuciła sklep z Niemiec, gdzie wymarzone szelki można było zakupić. Czekałam z utęsknieniem na nowy miesiąc, zakupiłam i zagryzałam paluszki. Są piękne. Idealne. Cudne. Tak śliczne, że aż żal zakładać! :P Niestety na wymarzony kolor dla Bala nie załapaliśmy się ( i CO PONIEKTÓRZY :P strasznie mi to wypominają :P), ale osobiście jestem bardzo zadowolona jak srebrny fajnie komponuje się z merlingiem.



Proszę bardzo, pierwsza notka - głupotka za nami, co sądzicie? 




21 komentarze

"Nadejszła wiekopomna chwila" - pierwszy KONKURS na blogu!

""Doktor Jekyll i pan Hyde" – to znana nowela ukazująca studium psychopatologii i podwójnej osobowości. W kulturze anglojęzycznej oznacza ona człowieka o dwulicowym charakterze." (za: wikipedia.pl)

Wszyscy wiemy, że i naszym psom zdarza się mieć dwie twarze – tą kochaną, grzeczną i do rany przyłóż... i tą złą, rozbrykaną i dokazującą. Waszym zadaniem będzie ukazać obie twarze swojego czworonożnego przyjaciela - i tą miłą, dobrą i czystą, i tą mroczną, łobuzerską i wariacką. Czy będzie to czysty, wystawowy piesek i błotny potwór, czy anioł na spacerze a w domu bezwzględny niszczyciel – zostawiam do Waszej interpretacji! Ogranicza Was jedynie charakter psa i Wasza wyobraźnia, najważniejsze jest jak najciekawsze przedstawienie kontrastu.

Sugerowana liczba zdjęć : 2, najlepiej przedstawione w formie kolażu.

Nagrody : dowolny kubek + dowolnie wybrana torba ze strony z psimi cudownościami: Pik-Pik !

Czas trwania konkursu : od 18 maja 2015 do 31 maja 2015 (włącznie).


Konkurs "Rano Jekyll, wieczorem pan Hyde".


  1. Czas trwania konkursu od 18 maja 2015 do 31 maja 2015 (włącznie). Ogłoszenie wyników przewiduję 6 - 7 czerwca 2015 roku.
  2. Aby wziąć udzial w konkursie należy wysłać pracę konkursową pod adres aboutmyheartchakra@gmail.com. Proszę, zatytułujcie maila "Konkurs" – ułatwi mi to życie :). Fajnie byłoby też wiedzieć jak nazywacie się Wy i Wasz pies - może to być Wasz pseudonim, samo imię lub inicjały.
  3. Maksymalna ilość zdjęć : 2 ( preferowana forma : kolaż dwóch zdjęć przedstawiający kontrast zachowań). Wychodzę z założenia, że to właściciel, nie pies biorą udział w konkursie, dlatego jedna osoba może wysłać tylko jedną pracę konkursową składającą się maksymalnie z dwóch zdjęć.
  4. Zdjęcia powinny być Waszego autorstwa (jeśli jest inaczej – konieczna jest zgoda autora). Oprócz zdjęć można wysłać krótki komentarz – ale naprawdę krótki ! Bardzo ważna jest inwencja twórcza w podejściu do tematu oraz ciekawe ujęcie kontrastu.
  1. Biorąc udział w konkursie wyrażasz zgodę na publikacje swojej pracy w konkursowym albumie na naszym fanpage'u (https://www.facebook.com/aboutmyheartchakra) ( w zależności od preferencji podpisana imieniem, pseudonimem lub inicjałami – o tym też proszę wspomnieć w mailu).
  1. Na zwycięzce czeka raj zakupów w pik-pik.pl! Niesamowity kubek i torba tylko dla Was!
  1. Aby wziąć udział w konkursie nie musisz kliknąć guziczka "lubię to" u nas, ale będzie nam niezmiernie miło utrzymywać z Wami kontakt również po konkursie – także zapraszamy ! ;)




27 komentarze

Sześć miesięcy z demonem.


W tym tygodniu minęło pół roku, odkąd Ru wprowadziła się do nas. Na przestrzeni tego czasu dużo się zmieniło, wiele rzeczy wypłynęło, pozmieniało się. Dziś jest jej czas na blogu, Myślę, że powoli wychodzimy na prostą. Widzę niesamowitą zmianę w jej zachowaniu względem nas. Staliśmy się najważniejszym dla niej dobrem - dopiero po pół roku nas pokochała, zaufała nam i poczuła się w miarę dobrze w nowym domu.

Ciekawi jak to było? No to zaczynamy:


Według notki z 21 listopada :

"Przede wszystkim, i to głównie dla zdrowia psychicznego Baloo, musimy stonować pilnowanie zasobów, które Ru ma na poziomie hard. [...] Objawia się to wrzaskiem na dramatycznie wysokiej nucie pt "MOJEEEEE!!!!" i próbą kłapnięcia ;) [...] Psiaki natomiast jedzą w osobnych klatkach, Każdy zamknięty w swojej, jakiekolwiek gryzaki czy inne fanty również do klatek są wydzielane. Wciąż będziemy nad tym pracować, choć najprawdopodobniej będzie to siedziało w psie całe życie."

Na tą chwilę pilnowanie zasobów jest w bezpiecznej strefie. Gdy jest w obcym miejscu (dom rodziców, wspólny wybieg dla psów) z miski do wody woli nie korzystać, chyba, że ja jestem przy niej. Inaczej napije się dopiero po powrocie do domu. Jeśli chodzi o wspólne posiłki, to mięso mielone, bez dodatków kości, wszelkie serki do wylizania, warzywa i tym podobne są wydawane wspólnie - psy są kolejno zwalniane do misek i wszystko odbywa się kulturalnie ( nawet gdy ruda skończy wcześniej reaguje na mój głos, że nie pozwalam zaglądać do miski brata). Bez superwizji odbywa się wolna amerykanka - czyli wędrówki obu psów od jednej miski do drugiej - ale bezkrwawo. Przy kościach psy są izolowane - to znaczy Ru jest w klatce, Balu na posłaniu, ale to ze względów bezpieczeństwa - Balu przy ryżej bardzo szybko łyka, co doprowadziło niedawno do zadławienia (musiałam wsadzić psu rękę do gardła i wyjąć szyjkę, inaczej by mi się udusił - mega adrenalina, mega stres).

"[...] Natomiast przywołanie jest jako takie. Oczywiście głównym tego powodem jest to, że Bal ma bardzo dobrze zrobione i Ru widząc, że łaciaty niebieski leci co sił w łapkach do mnie, siłą rzeczy robi to samo, bo żarcie dają. Dziś jednak nie zadziałało, co zmusiło mnie do głębszych refleksji i próbie rozplanowania programu naprawczego :) Otóż w polu jakiś rolnik zaorał jakieś zwierzę. Nie wiem co to było, ale wiem, że psy z lubością złapały za ochłap i próbowały wyszarpać go z ziemi. Beczką miodu okazało się to, że Baloo po sekundzie zastanowienia porzucił ochłap i popędził w moją stronę, a łyżką dziegciu to, że Ru stwierdziła, że chromoli mnie i moje smaczki, a parówkę mogę sobie wrazić wiadomo gdzie, bo ona ma tu ZWIERZĘ. "

Przywołanie teraz jest bardzo dobre. Rezygnacja z truchełek - nader zadowalająca ( na komendę wypuszcza z ryja puszki po piwie/butelki/fragmenty dzika). Odwołanie od pogoni za ptaszkiem - normalny ton głosu nie do końca ją przekonuje, dopiero stanowcze wymówienie komendy - odpuszcza i przybiega w pląsach. Odwołanie od jatki z psem za płotem - wciąż trudne, odwołanie od psa w oddali - bułka z masłem :)

Opanowanie emocji okazało się szczególnie trudne wśród maluszków. 

"Wokalizacja, opanowanie emocji - sucz nie uznaje sformułowania "czekaj", nie jest cierpliwa. Wszystko musi się odbywać JUŻZARAZNATYCHMIAST. Jeśli nie to skacze, zaczyna popiskiwać, jojczeć i generalnie rozpaczać. Jeśli i to zawodzi, to zaczyna rozwiązywać problem jak przeciętny kark - czyli bierze sprawę z klaty, taranem. Na tą chwilę suczy mózg paruje się i przegrzewa, ale dupka potrafi usiedzieć już 2 - 3 sekundy. Wytrzymuje też mikrouchylenie drzwi ( wcześniej sucz przebijała się przez moje piszczele z subtelnością słonicy, miałam przykre wrażenie, że kolana zaczynają zginać się w drugą stronę, a jak wszyscy wiemy, takie coś nie powinno mieć miejsca :) ). Powoli idziemy do przodu, ale długa i wyboista droga nas czeka."
Tu jest już coraz kucyczniej! Na "siad,czekaj" mogę już zamknąć bramę za psami (czyli proces: jedno skrzydło, kołek do dziurki, zamknięcie furtki, podejście do psa, odpięcie smyczy, komenda zwalniająca), ta sama komenda działa gdy drzwi do wiatrołapu są uchylone, psy czekają w progu, otwieram drugie drzwi, zwalniam psy, podobnie przy wysiadaniu z auta, czekaniu na jedzonko... Przestała tracić kontakt z bazą przy psach obszczekujących ją zza płotu - potrafi je zignorować, spojrzeć na mnie, przybliżyć się do mnie dla odwagi. Prawie nie traci mózgu, gdy widzi uciekającego kota. Czasem jeszcze poniosą ją emocje, ale jest dużo łatwiejsza do wytrącenia z amoku. Miewa jeszcze problemy z zabawą na wysokim pobudzeniu przy innych psach - ale o tym w dalszej części.


"Jak mi ktoś zagradza drogę, i zachowuje się jak bydło, to i jak potraktuję go jak bydło - czyli upominające cap!". Niestety - jak przekonała się Ru mnie się nie "capie" i nie będzie "capać" :P
Otóż nie. Zdarzyła się przykra sytuacja, że miałyśmy z Ru małą próbę sił - ja ją przygwoździłam, a ona mnie łapała za ręce - mocno, z premedytacją. Tak, że miałam ślady i strupy przez dwa tygodnie. Zanim odpuściła trwałyśmy tak kilka dobrych minut, dopiero jak się uspokoiła zwolniłam ją i kazałam zejść mi z oczu. Sytuacja powtórzyła się drugi raz (trąciłam ją nogą na kanapie) i chyba wyszła z założenia, że lepiej nie budzić we mnie smoka ( :D), bo  od tej pory żadnych agresywnych prób nie stwierdzono (minęły już 4 miesiace), co więcej, pojawiło się CS owanie, typowo szczenięce zachowania - tulenie uszek, merdanie ogonkiem, wyskakiwanie, żeby polizać twarz. W momencie, gdy przeskrobie i usłyszy to w moim głosie przybiega natychmiast w pląsach i przeprasza w szczylkowym tańcu, kręcąc dupką. Niestety, siłowe rozwiązanie okazało się kamieniem milowym w naszej relacji - bez tego nie szanowała mnie i nie poważała.

Klikanie. Na razie powoli próbujemy klikać targetowanie piegowatym noskiem ręki, klikam też klatkę, i planuję wprowadzić za niedługo kontakt wzrokowy :)

O tym już wspominałam - dużo wolniej łapie sztuczki, ale za to nadrabia prędkością (kocham komendę "kółeczko" w jej wykonaniu - wygląda jak piruet baletnicy!). Ostatnio nieco zapuściliśmy się z sesjami, trzeba do tego wrócić! Troszkę jest betonem, nie do końca pasuje jej kształtowanie, bardzo szybko traci werwę i nudzi się, prezentując sztuczki, które już zna - tu muszę popracować nad sobą, aby skrócić sesje klikerowe, bo przyzwyczajona jestem do zapału Baloo, który wolno i metodycznie dąży do celu :)

Nauczenie się zostawania spokojnie samej w pokoju, podczas gdy w drugim pomieszczeniu kształtujemy sobie coś z Balem. Na tą chwilę jest wrzask i płacz połączony z próbą przeciśnięcia się przez otwór dylatacyjny. Pozostawienie z kongiem niewiele daje, w obliczu takiej tragedii jest wzgardzony. Breaking news  - małż właśnie myje podłogę, oba psy zostały zamknięte w klatkach, Ru kilka rasy pisnęła, ale jest nieźle!
Nie stwierdzono takiego problemu. Zamknięta w klatce milczy, ewentualnie kilka razy muknie pod nosem, natomiast dramatów i histerii nie ma. Zamknięta w innym pokoju narzeka pod nosem jaki to świat jest niedobry i niesprawiedliwy, ale tylko tak mamrocząc :) Klatkowanie jest niezłe, potrafi w obcym miejscu na komendę wejść do klatki, ale zdarza jej się drzeć tam ryja. Nad tym pracujemy :)


Próba oswojenia  z bokserami - na tą chwilę jest czarna rozpacz, przerażenie i ataki na Bogu ducha winnych (i lekko zszkowanych, że we własnym domu biją!) brzydali.

Nie będę oszukiwała - wciąż nie jest różowo - z suką mijają się, ale myślę, że dlatego, że to staruszka Mojito odpuściła. Kilka razy się nawet pokotłowały i tu też musiałam Ru nieźle naprostować w głowie, żeby ogarnąć sytuację. Z Ouzem zdarzają się ścięcia w dwóch przypadkach - gdy chodzi o jedzenie i zabawki (ale Ouzo również nie jest święty w tej kwestii) - wszystko odbywa się bezkrwawo, ale w postaci dość poważnej pyskówki. Na co dzień kulturalnie się mijają, zdarza im się nawet razem bawić i wygłupiać (co zawsze niepokoi Bala), natomiast Ru wciąż się ich boi, nie ufa im. 

Jeśli chodzi o agresje wobec innych psów - wciąż jej nie ufam. Na pasieniu biegała z 20 innymi psami, które bawiły się frisbee i żadnych sytuacji agresywnych nie było, jednak wiem, co w niej siedzi. Niestety mieszkamy w takiej części miasta, gdzie psów poza tymi na uwięzi albo za płotem, raczej nie uświadczysz, muszę zorganizować jakieś wyjazdy "do ludzi" żeby pracować nad problemem

A oprócz tego Ru musi schudnąć!
Zrobione :

Ach jaka zgrabna! Ach ach dla mnie ideał ozikowej figurki! <3



Tyle z notki. A tak naprawdę nad czym jeszcze pracujemy? Cały czas żmudnie dłubiemy w ogarnaniu emocji, uczeniu się panowania nad swoimi popędami. Hamowanie wariackich zachowań, Tonowanie kozaczenia. Nauka przebywania z obcymi psami. Stabilny mózg w każdej sytuacji. Nauka zabawy zabawką w przeciąganie z innym psem - generalnie zabawa inna niż zapasy. Upewnienie jej, że jestem jej wsparciem ZAWSZE.


A z bardziej  prozaicznych - porządny aport, przekonanie się do pływania (a nie tylko brodzenia w wodzie po paszki) i nauka ładnego wyskakiwania po dysk. I multum sztuczek - głupotek, cokolwiek nam przyjdzie do głowy :)



PS. Jest już nas 500 na FP! <3 Jestem bardzo bardzo bardzo wdzięczna! :) Obiecany konkurs ruszy już w przyszłym tygodniu ( śmierć komputera spowodowała utracenie konkursowego plakatu, trochę minie zanim ogarnę zrobienie go w innym programie - postaram się już  w niedzielę wieczór konkrety podać :) obserwujcie bacznie https://www.facebook.com/aboutmyheartchakra ! :) )








34 komentarze

"Uff jak gorąco! " - recenzja Hurtta Cooling Coat.




Znów dni robią się ładniejsze i rozpoczął się sezon długich wędrówek, seminariów, grilli, zlotów, zbiorowych spacerów i innych szaleństw na świeżym powietrzu. My będziemy ubierać się coraz lżej, a jak mają sobie poradzić z upałem zwierzaki? (nawiasem mówiąc zapraszam na mój zeszłoroczny post, tam przedstawiłam kilka pomysłów na ulżenie psu w upałach: Na zimno! klik!)


Wiem, że jest wiele psów, które kochają wysokie temperatury, wygrzewają się w promieniach słońca i nie wychodzą w pluchę. Niestety my jesteśmy na drugim biegunie - tam, gdzie wszelkie północniaki. Temperatura powyżej 20 stopni powoduje dyskomfort i wyraźny spadek motywacji, wzrasta tendencja do chowania się w cieniu. Temperatury sięgające 30 stopni powodują lasowanie się mózgu i odmowę współpracy ("wyjdę z cienia bo cię kocham, ale na więcej nie licz"). Martwiło mnie to, więc przebadałam Baloo - wszystko w jak najlepszym porządku. Nieco uspokoił mnie fakt, że w chłodniejsze miesiące pies śmiga, skacze i dokazuje, natomiast wraz z nadejściem cieplejszych dni robi się coraz to bardziej nieszczęśliwy i przydomowy - wszystko ewidentnie wskazywało na przegrzanie mózgu. 

"Jestem ubrany. JAK CZŁOWIEK". 

Opcje były dwie: albo psa wygolę, jak nie przymierzając, barana, albo zakupię mu kamizelkę chłodzącą. Wszyscy znawcy włosa aussikowego rwali koszulę i stanowczo zakazywali tego procederu (choć wiem, że jest ozikowe podziemie, gdzie psy się strzyże chętnie i krótko :P). Ja jako ta - nomen-omen - owca naczytałam się również artykułów w tonie stanowczym (klik,klik, klik) i raczkiem wycofałam się z pomysłu.


Cóż mi biednej sierocie zostało? Ano pofatygowałam się do internetowego pro sklepu i złożyłam zamówienie na wyżej wymienioną. I czekałam. Potem czekałam jeszcze dłużej, następnie musiałam dopłacić za starszą wersję, aby po niespełna miesiącu od złożenia zamówienia i natychmiastowego dokonania wpłaty, uzyskać rzeczoną, upragnioną paczuszkę. Jak się pewnie domyślacie - nie byłam zachwycona, gdyż upały zdążyły przeminąć, a myśmy kamizelki użyli kilka razy.

Paczuszka w chętnych łapkach.
Wracając jednak do meritum, postanowiłam usystematyzować:

1. Technikalia.

  • Jest to starsza wersja chłodząca - Cooling Coat. Nowsza to Cooling Vest.
  • Występują dwie wersje kolorystyczne: Ice Blue i Lilac 
Podoba mi się detal - w niebieskiej pasek jest fioletowy, w fioletowej - niebieski!


  • Balu ma długość 60 cm, Ruby ma 55. Tak po prawdzie, to dla Baloo lepsza byłaby wersja 55 cm - 60 jest nieco zbyt obszerna.

  •  Mamy dwa warianty chłodzenia - można kurtkę zmoczyć w wodzie i nałożyć na psa (najczęściej tak robię, ale uwaga - albo dobrze wykręćcie, albo wystawcie psa na dwór, żeby ociekł !) albo można włożyć ja do lodówki na jakiś czas (tej opcji jeszcze nie sprawdzałam)

Tak u nas wygląda "doładowanie" wyschniętej kamizelki - patyk i do wody! W przypadku braku zbiornika, staram się ze sobą mieć butelkę z w wodą.

  • Koszt zależny jest od gabarytu, waha się w przedziale od 150 - 250 złotych.


2.Stosunek jakość/ cena.


Cena jest dość wysoka ( ja ze względu na zawirowania w zamówieniu, domawianie, oczekiwanie, dopłacanie i tak dalej...) w sumie już nie wiem ile płaciłam za niebieską. Fioletową kupiłam dla Ru od Niuchacza i zapłaciłam bodajże 150 złotych + wysyłka.

Wykonanie - dla mnie wygląda bardzo porządnie. Sam materiał jest przedziwny. Nieco wygląda jak siateczka, a połysk kojarzy mi się z rybia łuską, no sami popatrzcie: 


Na szyi jest ściągacz, żeby jak najlepiej dopasować obwód kamizelki. Składa się z dwóch części - górnego płaszczyka i dopinanego na zamek błyskawiczny "podwozia". Całość spina się klamrą. I tu mam takie dwie uwagi - fajnie by było, żeby Cooling Coat miała jakieś umocowanie z tyłu - czy to byłyby gumki na uda, czy zatrzask ( żeby daleko nie szukać Torrent Coat ma takie patenty, z których jestem bardzo zadowolona) - w ruchu kamizelka ma tendencje do przekręcania się czy opadania:


3. Efekt.

Ten podpunkt chyba najbardziej wszystkich interesuje :) Otóż ja jestem bardzo zadowolona z rezultatu. Rodzina moja była dość sceptyczna wobec tej idei. Co prawda Pan Mąż jeszcze mnie kocha, więc moje przeróżne 'widzimisia' toleruje bez mrugnięcia okiem, jednakowoż Rodzice moi znają mnie lat 27 więc już niejako brak im złudzeń, że wszystkie moje światłe pomysły zdają egzamin:P



Tym niemniej wydarzenia ostatniego weekendu (było upalnie, okolice 26 stopni) utwierdziły w zasadności zakupu nawet sceptyków. Psy po nałożeniu kamizelek szaleją w pełnym słońcu, dokazują, bawią się, bardzo mało dyszą. Kamizelka nie nagrzewa się od słońca, a gdy włoży się rękę pod derkę czuć przyjemny chłodek. Oprócz tego dość długo schnie ( najszybciej wysycha na grzbiecie, woda za sprawą Magii Grawitacji najdłużej osiada na połach).

Uwaga dla psów z obfitym włosem (Baloo, przed szereg!). Przy całodniowym używaniu kamizelki trzeba brać pod uwagę Efekt Mokrej Szmaty - czyli smrodku nie wyschniętego mopa od sierści - nam się to nie zdarzyło, bo z chwilą gdy robi się chłodniej zdejmuje ciuchy, żeby sierść się przewietrzyła i naturalnie wyschła, a kamizelki ociekły.

Pełen galop za piłką? Dlaczego nie!

Zrobiłam test - kamizelkę zdjęłam, co spowodowało, ze Balu po chwili (mimo, że był jeszcze wilgotny!) schował się w cieniu i dyszał. Zakładanie kamizelki nie wiąże się z dramatem, płaczem i darciem szat, co też jest dla mnie jakimś wyznacznikiem psiego komfortu (choć na początku psy krzywią się tak jak na szelki :P).




Strapiony Bal, bo zapomniał kwadratu.

Stacjonarne ćwiczenia czy sztuczki też nie stanowią problemu!
Jednak tu taka mała uwaga- rzecz jasna mimo szału kamizelkowego należy poruszać się w strefie komfortu - zawsze musi mieć dostęp do picia i do schowania się w cieniu. Lepiej też nie szaleć i nie robić treningu w godzinach kiedy jest najcieplej. Ja traktuję kamizelkę jako umilenie ciężkiego życia w upalne, letnie dni, nie mamy natomiast parcia na pracę aż czacha dymi na patelni, w 30 stopniach w cieniu w samo południe - mam nadzieje, że to rozumie się samo przez się :)

4. Dla kogo? 


Dla psów szybko męczących się podczas upałów, dla psów aktywnie spędzających czas z właścicielem. Nie wiem na ile sprawdzi się u psów gładkowłosych -  o dziwo boksery lepiej znoszą upały niż aussiki - podejrzewam, że to kwestia aktywności i "trybu oszczędzania baterii". Co prawda Ru ma mniej futerka, więc jej jest lżej, tym niemniej bez kamizelki też okropnie dyszy. Jestem ciekawa opinii np. czarnego labradora :)


Krótkie podsumowanie:

+ widoczny efekt chłodzący
+ komfort noszenia
+ jakość wykonania
+ ładny wygląd


- cena
- nieunikniony bałagan związany  z "ładowaniem" kamizelki
- konieczność dostępu do wody (przy dłuższych wypadach)
- problem z przekręcaniem






PS. Nawet nie wiecie jak źle i żmudnie obrabia się zdjęcia i pisze notki na nie swoim komputerze :( Najgorsze jest to, że czas najwyższy przywyknąć do tego stanu  - nie dość, że wolniejsza stacjonarka, to jeszcze do tego całkiem nowy system operacyjny, który nie obsługuje mojego ukochanego Photoscape, w którym tworzyłam grafiki i ozdabiałam zdjęcia :(

Behind The Web

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Obserwatorzy

Mój instagram

Instagram
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Polecam