Content

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wychowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wychowanie. Pokaż wszystkie posty
38 komentarze

Klatka



Cutness overload - mały Baloo i zabawa w Crate Games.

Klatka - wymysł, czy sprzęt niezbędny? Wiele osób uważa to za barbarzyństwo, ludzi klatkujących swoje psy za znęcających się nad nimi psycholami ( to z opowieści osoby, która po występie schowała zmęczonego psa do klatki i została zbluzgana przez starsze małżeństwo).

Osobiście zanim poczytałam i zaczęłam się przygotowywać do pierwszego psa, miałam mieszane uczucia - a to tylko dlatego, że nie wiedziałam o co tak naprawdę chodzi. Potem pojechaliśmy po szczeniaka, zobaczyliśmy jak bardzo trzeba na bydlę uważać, i wystarczy chwila nieuwagi, a pies zrzuca sobie lampę na głowę (brzmi dramatycznie, na szczęście to była ta papierowa, ikeowska lampka stołowa :P). Na szczęście klatkę mieliśmy już przed przybyciem szczeniaka do domu (ach, kompletowanie wyprawki to superanckie chwile!).

Ale od początku - po co tak naprawdę wprowadzić klatkę?


Ze względów bezpieczeństwa - szczególnie u szczeniąt. Nie każdy ma możliwość przebywania ze szczylem 24 godziny na dobę (ba, podejrzewam, że mało kto!). Dzięki dobrze "zrobionej" klatce można spokojnie zamknąć za sobą drzwi i być pewnym, że nic złego się nie stanie (co prawda w moim przypadku to nieco nad wyrost, bo pierwszy raz zostawiając Baloo samego w klatce - sprintem pobiegłam do sklepu, kupiłam losową rzecz wracałam jak na skrzydłach z wizją Bala z urwaną łapą, zarzyganego i utoczonego w kupie).

Dla higieny psychicznej psa - myślę, że każdy z nas potrzebuje swojego miejsca, swojego kawałka ziemi, wypoczynku od kochanej rodzinki, współlokatora. Takiego, gdzie można się zaszyć i nikt nam d...to znaczy głowy nie zawraca. Psy tego też potrzebują. Dobrze wprowadzony trening klatkowania pozwoli psu wyciszyć się i odpocząć nawet w najbardziej stresujących, emocjonujących miejscach:

Tu, żeby być szczera wobec Was napiszę - że przy hardcorowej sytuacji (idę z Ru z deklami, Balu zostaje w klatce, czy wszystkie psy wychodzą a Ru zostaje) zdarza się pisk i krzyk, ale ogólnie siedzą cicho i obserwują. 

Dla własnego świętego spokoju - żeby uspokoić rozemocjowanego psa i jednocześnie nie doprowadzić do tego, że zamilknie na wieki - właśnie wykonałam ten zabieg przed chwilą, bo ekipa zbytnio się rozochociła w zabawie. Jedno powędrowało do klatki, jedno na posłanie, 5 minut rozkminy i teraz mam nowe psy.

Czasowa izolacja od sytuacji stresowych - gości, małych dzieci, innych psów. Ja używam klatki do podawania posiłków z kośćmi - po przykrej sytuacji, gdzie Bal łykając na szybko indyczą szyjkę niemal się zadławił i musiałam mu rękami z gardła ją wyciągać.

Podróżowanie staje się łatwiejsze - dlatego, że pies ma swój mobilny dom. Wspominałam już we wcześniejszej notce, że lżejszą wersję klatki mój pies uwielbia - gdy biorę go do pracy, czy jedziemy na wakacje, czy jesteśmy na seminarium on w klatce odpoczywa i się relaksuje. To jest jego prywatny teren i już.

Miłość od pierwszego złożenia! :)
Ograniczenie ruchu po zabiegach/kontuzjach. Każdego psa po operacji wolałam oddzielić - jeszcze naćpany, niepewny, bardzo drażliwy, nieprzyjemnie reagował na pobratymca usiłującego obwąchać go od stóp do głów.

Jak ja nauczyłam przebywania w klatce?


Przygotowywałam oba psy, Balu dzięcieciem będąc się uczył, Ru jako stary , dziewięciomiesięczny babon :)

Nie było to dla mnie łatwe, szczególnie przy małym szczeniaku. Zaczynałam od budowania dobrych skojarzeń z klatką - czyli serwowania tam posiłków. Klatka była cały czas otwarta, w sypialni, gdzie wszyscy dość często przebywamy. Wiązał się z tym cały łańcuch - w kuchni sypałam karmę do miski, szczylek radośnie biegł ze mną w stronę pokoju z klatką, ja wydawałam śmieszny dźwięk - komendę "klatka!" młodzież ochoczo wbiegała i pałaszowała kolację. W tym czasie drzwiczki przymykałam, w momencie gdy posiłek miał się ku końcowi, drzwiczki były otwierane, potem stopniowo wydłużałam moment otwarcia drzwiczek i dodawałam komendę zwalniającą "ok". Czasem rozsypywałam coś pysznego w klatce, żeby młody sam odkrył, że to samo dobro jest.



Następnie, jak już skojarzenie było i Balu uczył się ze mną pracować wprowadziłam bardzo fajne zabawy - znane szerzej jako Crate Games :




Tym sposobem powoli, powoli klatka stała się czymś najwspanialszym na świecie! 

Na tym etapie mieliśmy opanowane 

1) Dobre skojarzenia z byciem w klatce, 
2) Komenda była powiązana z czymś fajnym, 
3) Zamknięte drzwiczki nie były dramatem


Balu po swoim pierwszym seminarium.

I przeszliśmy do najtrudniejszego momentu - maluch musiał zostać na chwilę sam w pokoju. Do tego etapu podeszłam po wyjątkowo wyczerpującym dniu - takim, że zwierz ledwo żył i na oczy widział. Pozostawiłam go w klatce i opuściłam pokój. Zgodnie z przewidywaniami rozpoczął się dramatyczny płacz (a płacz szczeniaka wbija w serce noże), stałam tuż za progiem, dla niego niewidoczna i prawie płakałam, że muszę wytrzymać. Z chwilą gdy szloch ustał, weszłam i nic do niego nie mówiąc oceniłam, czy jest w miarę ok psychicznie (czyli nie ma WYPUŚĆ MNIE NATYCHMIAST JA TU UMRĘ!!!) i pozwoliłam  mu z klatki wyjść. Kluczem tu jest nie reagować na jazgot, płacz i darcie szat. Z czasem wydłużałam czas mojej nieobecności aż do wyjścia do pracy. Balu bardzo lubi klatkę, zresztą jak widać na filmiku - komenda wykonywana jest chętnie :)


Z Ruby było nieco trudniej, bo była już prawie dorosła i krnąbrna. I podobnie jak w tamtym przypadku zaczęliśmy od brzuszka :) Czyli ustawiliśmy sesję klikerową tak, że za wejście do klatki był k/s. Klatka cały czas była w pokoju, otwarta. Następnym etapem było serwowanie jedzenia w klatce - przy zamkniętych drzwiczkach i otwieranie ich po jedzeniu. Niestety jakiekolwiek wariacje pod tytułem "zamknę cię w klatce, będziesz jadła a ja wyjdę" skutkowały niekończącym się wrzaskiem połączonym z próbami wzięcia klatki taranem. Stopniowo więc dawałam konga wypełnionego czymś przepysznym (nie jakieś tam, kulki, phi!) i...szłam pod prysznic, żeby nie kusiło mnie ją opierdzielić. Kilka wieczorów z rzędu był wrzask pomieszany z mlaskaniem (typu : "TY TAKA OWAKA JAK TYLKO WYJDĘ TO CI TĘTNICĘ PRZEGRYZĘ" z "Omnomnomnom! Dobre jedzonko!"). Przełom nastąpił jak wpadłam na pomysł, żeby wieczorem, gdy układała się w niej do snu, zamykać drzwiczki i otwierać dopiero następnego dnia rano. Potem już idąc z jedzeniem podłożyłam komendę "klatka" i udało się. Jadąc na trening obawiałam się, czy Ru odważy wejść się do obcej klatki, ale na szczęście nie stanowiło to dla niej żadnego problemu.




Czy klatka ma jakieś wady?

Dla mnie wadą jest jej wielkość i słaba ustawność -  no nie za ładnie wygląda taka kolubryna u nas w sypialni, poza tym idąc w nocy się napić z uporem maniaka walę piszczelem w drzwiczki.

Źle wprowadzona (jako narzędzie izolacji i kary) może budować traumatyczne skojarzenia i nasilać lęk separacyjny.

 Jaką klatkę wybrać?

Mam dwa warianty (materiałową i metalową), ale zaczynałam od metalowej, dopiero gdy musiałam wtargać do auta metalową klatkę, po czym wytargać ją w miejscu docelowym i rozłożyć, stwierdziłam, że to czas poczynić zakupy :)

Pierwsze seminarium i mój koszmar :P


Metalowa klatka jest wytrzymała, solidna i łatwo się ją czyści, ale przy tym sakramencko hałasuje (do tego stopnia, że Pan Mąż podłożył w niej piankę do paneli, aby wytłumić dźwięki). Jest też ciężka i nieporęczna. Bywa, że rdzewieje i w wtedy w ogóle spada jej estetyka. Gdybym miała wybierać od nowa, na pewno kupiłabym czarną a nie zwykłą ocynkowaną.

Materiałowa klatka to odkrycie roku! Bardzo wygodna, estetyczna, składa się łatwo, rozkłada również, psy ją uwielbiają. Niestety nie jest stabilna, no i ciężko ją uprać, a pies dopiero przyzwyczajany do klatki może ją w pięć minut roznieść w pył (dłuuugo zajęło Ru uzyskanie kredytu zaufania na materiałową klatkę :P). Według mnie jest dla psów, które mają opanowaną ideę w 100% Pies w trakcie nauki wypoczynku zbyt łatwo może doprowadzić do jej rozwalenia.

Wasze psy też mają swoje klatki? Czy jesteście bardzo przeciwni tej metodzie?


PS. U nas plany zmieniają się jak w kalejdoskopie - jednak do Warszawy jedziemy pociągiem. Ale nie byle jakim, moi drodzy, bo natrafiliśmy na promocje i jedziemy Express City Premium czyli PENDOLINO :D
28 komentarze

Sześć miesięcy z demonem.


W tym tygodniu minęło pół roku, odkąd Ru wprowadziła się do nas. Na przestrzeni tego czasu dużo się zmieniło, wiele rzeczy wypłynęło, pozmieniało się. Dziś jest jej czas na blogu, Myślę, że powoli wychodzimy na prostą. Widzę niesamowitą zmianę w jej zachowaniu względem nas. Staliśmy się najważniejszym dla niej dobrem - dopiero po pół roku nas pokochała, zaufała nam i poczuła się w miarę dobrze w nowym domu.

Ciekawi jak to było? No to zaczynamy:


Według notki z 21 listopada :

"Przede wszystkim, i to głównie dla zdrowia psychicznego Baloo, musimy stonować pilnowanie zasobów, które Ru ma na poziomie hard. [...] Objawia się to wrzaskiem na dramatycznie wysokiej nucie pt "MOJEEEEE!!!!" i próbą kłapnięcia ;) [...] Psiaki natomiast jedzą w osobnych klatkach, Każdy zamknięty w swojej, jakiekolwiek gryzaki czy inne fanty również do klatek są wydzielane. Wciąż będziemy nad tym pracować, choć najprawdopodobniej będzie to siedziało w psie całe życie."

Na tą chwilę pilnowanie zasobów jest w bezpiecznej strefie. Gdy jest w obcym miejscu (dom rodziców, wspólny wybieg dla psów) z miski do wody woli nie korzystać, chyba, że ja jestem przy niej. Inaczej napije się dopiero po powrocie do domu. Jeśli chodzi o wspólne posiłki, to mięso mielone, bez dodatków kości, wszelkie serki do wylizania, warzywa i tym podobne są wydawane wspólnie - psy są kolejno zwalniane do misek i wszystko odbywa się kulturalnie ( nawet gdy ruda skończy wcześniej reaguje na mój głos, że nie pozwalam zaglądać do miski brata). Bez superwizji odbywa się wolna amerykanka - czyli wędrówki obu psów od jednej miski do drugiej - ale bezkrwawo. Przy kościach psy są izolowane - to znaczy Ru jest w klatce, Balu na posłaniu, ale to ze względów bezpieczeństwa - Balu przy ryżej bardzo szybko łyka, co doprowadziło niedawno do zadławienia (musiałam wsadzić psu rękę do gardła i wyjąć szyjkę, inaczej by mi się udusił - mega adrenalina, mega stres).

"[...] Natomiast przywołanie jest jako takie. Oczywiście głównym tego powodem jest to, że Bal ma bardzo dobrze zrobione i Ru widząc, że łaciaty niebieski leci co sił w łapkach do mnie, siłą rzeczy robi to samo, bo żarcie dają. Dziś jednak nie zadziałało, co zmusiło mnie do głębszych refleksji i próbie rozplanowania programu naprawczego :) Otóż w polu jakiś rolnik zaorał jakieś zwierzę. Nie wiem co to było, ale wiem, że psy z lubością złapały za ochłap i próbowały wyszarpać go z ziemi. Beczką miodu okazało się to, że Baloo po sekundzie zastanowienia porzucił ochłap i popędził w moją stronę, a łyżką dziegciu to, że Ru stwierdziła, że chromoli mnie i moje smaczki, a parówkę mogę sobie wrazić wiadomo gdzie, bo ona ma tu ZWIERZĘ. "

Przywołanie teraz jest bardzo dobre. Rezygnacja z truchełek - nader zadowalająca ( na komendę wypuszcza z ryja puszki po piwie/butelki/fragmenty dzika). Odwołanie od pogoni za ptaszkiem - normalny ton głosu nie do końca ją przekonuje, dopiero stanowcze wymówienie komendy - odpuszcza i przybiega w pląsach. Odwołanie od jatki z psem za płotem - wciąż trudne, odwołanie od psa w oddali - bułka z masłem :)

Opanowanie emocji okazało się szczególnie trudne wśród maluszków. 

"Wokalizacja, opanowanie emocji - sucz nie uznaje sformułowania "czekaj", nie jest cierpliwa. Wszystko musi się odbywać JUŻZARAZNATYCHMIAST. Jeśli nie to skacze, zaczyna popiskiwać, jojczeć i generalnie rozpaczać. Jeśli i to zawodzi, to zaczyna rozwiązywać problem jak przeciętny kark - czyli bierze sprawę z klaty, taranem. Na tą chwilę suczy mózg paruje się i przegrzewa, ale dupka potrafi usiedzieć już 2 - 3 sekundy. Wytrzymuje też mikrouchylenie drzwi ( wcześniej sucz przebijała się przez moje piszczele z subtelnością słonicy, miałam przykre wrażenie, że kolana zaczynają zginać się w drugą stronę, a jak wszyscy wiemy, takie coś nie powinno mieć miejsca :) ). Powoli idziemy do przodu, ale długa i wyboista droga nas czeka."
Tu jest już coraz kucyczniej! Na "siad,czekaj" mogę już zamknąć bramę za psami (czyli proces: jedno skrzydło, kołek do dziurki, zamknięcie furtki, podejście do psa, odpięcie smyczy, komenda zwalniająca), ta sama komenda działa gdy drzwi do wiatrołapu są uchylone, psy czekają w progu, otwieram drugie drzwi, zwalniam psy, podobnie przy wysiadaniu z auta, czekaniu na jedzonko... Przestała tracić kontakt z bazą przy psach obszczekujących ją zza płotu - potrafi je zignorować, spojrzeć na mnie, przybliżyć się do mnie dla odwagi. Prawie nie traci mózgu, gdy widzi uciekającego kota. Czasem jeszcze poniosą ją emocje, ale jest dużo łatwiejsza do wytrącenia z amoku. Miewa jeszcze problemy z zabawą na wysokim pobudzeniu przy innych psach - ale o tym w dalszej części.


"Jak mi ktoś zagradza drogę, i zachowuje się jak bydło, to i jak potraktuję go jak bydło - czyli upominające cap!". Niestety - jak przekonała się Ru mnie się nie "capie" i nie będzie "capać" :P
Otóż nie. Zdarzyła się przykra sytuacja, że miałyśmy z Ru małą próbę sił - ja ją przygwoździłam, a ona mnie łapała za ręce - mocno, z premedytacją. Tak, że miałam ślady i strupy przez dwa tygodnie. Zanim odpuściła trwałyśmy tak kilka dobrych minut, dopiero jak się uspokoiła zwolniłam ją i kazałam zejść mi z oczu. Sytuacja powtórzyła się drugi raz (trąciłam ją nogą na kanapie) i chyba wyszła z założenia, że lepiej nie budzić we mnie smoka ( :D), bo  od tej pory żadnych agresywnych prób nie stwierdzono (minęły już 4 miesiace), co więcej, pojawiło się CS owanie, typowo szczenięce zachowania - tulenie uszek, merdanie ogonkiem, wyskakiwanie, żeby polizać twarz. W momencie, gdy przeskrobie i usłyszy to w moim głosie przybiega natychmiast w pląsach i przeprasza w szczylkowym tańcu, kręcąc dupką. Niestety, siłowe rozwiązanie okazało się kamieniem milowym w naszej relacji - bez tego nie szanowała mnie i nie poważała.

Klikanie. Na razie powoli próbujemy klikać targetowanie piegowatym noskiem ręki, klikam też klatkę, i planuję wprowadzić za niedługo kontakt wzrokowy :)

O tym już wspominałam - dużo wolniej łapie sztuczki, ale za to nadrabia prędkością (kocham komendę "kółeczko" w jej wykonaniu - wygląda jak piruet baletnicy!). Ostatnio nieco zapuściliśmy się z sesjami, trzeba do tego wrócić! Troszkę jest betonem, nie do końca pasuje jej kształtowanie, bardzo szybko traci werwę i nudzi się, prezentując sztuczki, które już zna - tu muszę popracować nad sobą, aby skrócić sesje klikerowe, bo przyzwyczajona jestem do zapału Baloo, który wolno i metodycznie dąży do celu :)

Nauczenie się zostawania spokojnie samej w pokoju, podczas gdy w drugim pomieszczeniu kształtujemy sobie coś z Balem. Na tą chwilę jest wrzask i płacz połączony z próbą przeciśnięcia się przez otwór dylatacyjny. Pozostawienie z kongiem niewiele daje, w obliczu takiej tragedii jest wzgardzony. Breaking news  - małż właśnie myje podłogę, oba psy zostały zamknięte w klatkach, Ru kilka rasy pisnęła, ale jest nieźle!
Nie stwierdzono takiego problemu. Zamknięta w klatce milczy, ewentualnie kilka razy muknie pod nosem, natomiast dramatów i histerii nie ma. Zamknięta w innym pokoju narzeka pod nosem jaki to świat jest niedobry i niesprawiedliwy, ale tylko tak mamrocząc :) Klatkowanie jest niezłe, potrafi w obcym miejscu na komendę wejść do klatki, ale zdarza jej się drzeć tam ryja. Nad tym pracujemy :)


Próba oswojenia  z bokserami - na tą chwilę jest czarna rozpacz, przerażenie i ataki na Bogu ducha winnych (i lekko zszkowanych, że we własnym domu biją!) brzydali.

Nie będę oszukiwała - wciąż nie jest różowo - z suką mijają się, ale myślę, że dlatego, że to staruszka Mojito odpuściła. Kilka razy się nawet pokotłowały i tu też musiałam Ru nieźle naprostować w głowie, żeby ogarnąć sytuację. Z Ouzem zdarzają się ścięcia w dwóch przypadkach - gdy chodzi o jedzenie i zabawki (ale Ouzo również nie jest święty w tej kwestii) - wszystko odbywa się bezkrwawo, ale w postaci dość poważnej pyskówki. Na co dzień kulturalnie się mijają, zdarza im się nawet razem bawić i wygłupiać (co zawsze niepokoi Bala), natomiast Ru wciąż się ich boi, nie ufa im. 

Jeśli chodzi o agresje wobec innych psów - wciąż jej nie ufam. Na pasieniu biegała z 20 innymi psami, które bawiły się frisbee i żadnych sytuacji agresywnych nie było, jednak wiem, co w niej siedzi. Niestety mieszkamy w takiej części miasta, gdzie psów poza tymi na uwięzi albo za płotem, raczej nie uświadczysz, muszę zorganizować jakieś wyjazdy "do ludzi" żeby pracować nad problemem

A oprócz tego Ru musi schudnąć!
Zrobione :

Ach jaka zgrabna! Ach ach dla mnie ideał ozikowej figurki! <3



Tyle z notki. A tak naprawdę nad czym jeszcze pracujemy? Cały czas żmudnie dłubiemy w ogarnaniu emocji, uczeniu się panowania nad swoimi popędami. Hamowanie wariackich zachowań, Tonowanie kozaczenia. Nauka przebywania z obcymi psami. Stabilny mózg w każdej sytuacji. Nauka zabawy zabawką w przeciąganie z innym psem - generalnie zabawa inna niż zapasy. Upewnienie jej, że jestem jej wsparciem ZAWSZE.


A z bardziej  prozaicznych - porządny aport, przekonanie się do pływania (a nie tylko brodzenia w wodzie po paszki) i nauka ładnego wyskakiwania po dysk. I multum sztuczek - głupotek, cokolwiek nam przyjdzie do głowy :)



PS. Jest już nas 500 na FP! <3 Jestem bardzo bardzo bardzo wdzięczna! :) Obiecany konkurs ruszy już w przyszłym tygodniu ( śmierć komputera spowodowała utracenie konkursowego plakatu, trochę minie zanim ogarnę zrobienie go w innym programie - postaram się już  w niedzielę wieczór konkrety podać :) obserwujcie bacznie https://www.facebook.com/aboutmyheartchakra ! :) )








44 komentarze

Moje 5 porażek wychowawczych.



Siemacie, wpadacie na wpisik?





Wszyscy lubią jak jest różowo, kucycznie, tęczowo i miło. Ale nie zawsze tak jest, oj nie. Nawet w ozikowie bywa krew, pot i łzy, kurz i krew (jak pies nie trafi w dysk, tylko w palucha). Bywa frustracja, rzucanie kalumniami, brzydkimi słowami pięć pokoleń wstecz i dwa w przód, oraz przychodzenie do domu i jebnięcie dąsa. Jak to w życiu :) Zapraszam do naszego błotnego światka!


1. Skakanie.


Kiedyś mały papiś wspinający się na nogi nie stanowił problemu. Teraz 21 kilogramowy Bal, który zaraz wybuchnie ze szczęścia (czasem mam wrażenie, że zniknie z cichym pyknięciem implozji i pozostanę w deszczu tęczy, kłaków i brokatu), albowiem Ukochana Osoba właśnie pojawiła się w polu widzenia, stanowi znaczne utrudnienie. Pikanterii dodaje fakt, że moi rodzice wspaniali tak ukochali sobie wnuków, że pozwalają im na przeróżne harce, więc eskalują i tak istniejący problem.

Teraz wyobraźcie sobie - z pracy zazwyczaj wracam 21-22. Ostatnią rzeczą na którą mam siłę jest szaleństwo, dzikie szczeki i fruwanie pod sufitem. Serio. Otwieram drzwi, a tam usadzone jak na szpilkach (Pan Mąż dzielnie pracuje nad tym, żeby psy dopiero na komendę wypuszczały swojego wewnętrznego krakena ) siedzą dwa psy. Oczy mają okrągłe jak koła młyńskie i tylko czekają na magiczną komendę, która pozwoli spustoszyć to, co ze mnie zostaje po pracy.




Proszę nastawić moment od 0:30 :) Tak oto wygląda nasze wieczorne powitanie  (Pan Mąż, rzecz jasna, jest tu Zeusem, zamiast słów "release the Kraken", wstawcie sobie prymitywne "ok!")



Bonusem jest to, że przy oduczaniu wskakiwania na ludzi staram się wyważyć proporcje - bo jednak lubię jak Balu na komendę wskakuje mi na ręce, lada chwila zaczniemy ćwiczyć vaulty, więc nie mogę zabronić kontaktu z ciałem przewodnika, muszę jakoś to wyważyć.


2.Używanie imienia przy korektach


Ru i Ru...A Bala też karcisz Balem! :)


Ostatnio nawet złapałam się, że w pracy (!) jak chcę skorygować obcego psa mechanicznie robię "tsk! RU!!" * :P  W każdym nowoczesnym podręczniku jest napisane jak byk, że imię musi kojarzyć się z czymś przyjemnym, że nie należy karcić imieniem...ale to jest silniejsze ode mnie. No nie potrafię się oduczyć, nie i już! 


3. Ciągnięcie na smyczy.


Dlatego właśnie tak potrzebuję tego obrazka :))

Totalna abstrakcja. Kosmos. Ru chodzi ślicznie na smyczy, spacery z nią to przyjemność (hmmm no tu trochę pojechałam fantazją - powiedzmy pod tym względem to przyjemność:P). Natomiast idąc na spacer z Balem mam wrażenie, że któreś z nas ma nie po kolei w głowie. Balu, bo do znudzenia co chwilę staję, albo cofam się kilka kroków, albo cmokam, zmieniam nagle kierunek - no według niego mam napieprzone do głowy i w sumie to nie bardzo potrafię się zdecydować. Według mnie używam osławionej metody drzewka/zmian kierunków/góry. Nasz spacer przypomina zabawkę jo-jo. Balu do przodu, Balu przy mnie, Balu do przodu, Balu przy mnie...i tak aż do porzygu.



4. Przebywanie na meblach.



Że niby coś nie tak z kanapą?


Przyznaję się bez bicia - osobiście lubię mieć psa na kanapie, lubię drzemać na łóżku z psami wtulonymi we mnie. Pan Mąż natomiast postawił granicę - nie ma spania w łóżku z psami ( w nocy, hyhy :P). I, jako że Pan Mąż rzadko kiedy wyraża swoje zdecydowane obiekcje na temat przeróżnych psich zachowań, jest to respektowane. Niestety kanapa też traci na uroku, bo żeby nie została totalnie zafajdana przez łapy i błoto muszą na niej leżeć mało eleganckie kocyki.

Typowy Bal wieczorem.

O ile psy na kanapie w domu to moja sprawa, o tyle zaczynają się schody, kiedy pojawiają się goście niekoniecznie psiolubni, czy psy są na wyjeździe i próbują zdobyć kanapę mieszkańców. Oczywiście na komendę schodzą, czy uprzedzone wcześniej nie wskoczą na mebel, ale generalnie mają zakodowane w móżdżkach, że warto spać na tym posłaniu, bo wygodnie i fajnie. Ru gdy do nas trafiła była nauczona, że na meble wchodzić nie wolno. Cóż, zauważyliście pewnie czas przeszły - ups!

5. EMOCJE !!!111!!!oneone!!!


Dorwać i zabić. Oto taktyka.



Aż westchnęłam ciężko. A potem wzięłam dwa głębokie wdechy. A potem poszłam zaparzyć herbatki z melisy. Balu, obrazowo mówiąc, pływa w oceanie swoich emocji (hm, hm,), potrafi pięknie wybić się ponad powierzchnię, czasem unosi się na wodzie, czasem zanurkuje - wszystko jest  kontrolowane i rzadko kiedy zdarzają się chwile odmóżdżenia ( jak wspominane kilka notek wcześniej nasiąkanie mózgu przy kontakcie z wodą). Natomiast u Ru to jest emocjonalny rollercoaster góra-dół-góra-dół-nie-wiem-gdzie-góra-gdzie-dół-zatrzymajcie-świat-ja-wysiadam. Mam nadzieję, że uda nam się kiedyś odcisnąć piętno w jej mózgu, że zen się opłaca, ale na tą chwilę jesteśmy bardziej w dzikiej krainie hałasu i nienawiści niż  w Ponylandzie.

Weźmy na ten przykład spacer - jeśli chodzi o bieganie z psem na pasie - oj święty Barnabo! **  Pierwsze kilka minut zamiast przyjemnym kłusikiem odbywa się DZIKIM GALOPEM bo już bo biegniemy, misja, misja napieprzać!!! Wydaje mi się, że wtedy dla postronnych osób wyglądam ja narciarz wodny...tylko bez nart i wody :P Muszę kilka razy przystanąć, przemówić do rozumu łaciatym, a potem jeszcze...i jeszcze i po jakiś 5 minutach dzikiego cwału jesteśmy w stanie sobie w trójeczkę grzecznie kłusować.

A u Was jak to wygląda? Jestem ciekawa Waszych historii :)


*W tym momencie chciałabym gorąco pozdrowić moją kochaną współlokatorkę ze studiów i towarzysza w niedoli, który nauczył mnie tego sygnału dźwiękowego :P

** Przecisnęłam tylko jeden tom, i umarłam, nie jestem w stanie pójść dalej :P
36 komentarze

Punkt odniesienia.

Nieco się broniłam przed podsumowaniem roku. Natomiast żeby wiedzieć nad czym pracować, co zmieniać, a z czego być dumnym fajnie jest znaleźć punkt odniesienia. Tak więc, oto mój.


Balu pyta: a jakie są Wasze postanowienia? :)



Bitchface Ruby również zadecydowała, że od nowego roku będzie bardziej uśmiechnięta do zdjęć :)


16 komentarze

"...when you're still waiting for the snow to fall" - miszmasz przedświąteczny!

Śniegu nie było i nie ma. Jest 19 grudnia, a w tym sezonie na Śląsku białego puchu jeszcze nie było. Jestem oburzona!


Balu też jest oburzony niedoborami pogodowymi w tym roku :)

Ruby jest już u nas od miesiąca, myślę, że nastał czas na drobne podsumowania jej zachowań. Zajrzałam na pierwszy post dotyczący moich obserwacji na temat zachowań suczy (dostępny dla porównania o tu ).


39 komentarze

" ..do ya know what ya doing, doing to me? "


No i stało się. Odgrażałam się, biłam z myślami, kilkakrotnie zostałam z toru spychana, dyskutowaliśmy czy na pewno, rozważaliśmy za i przeciw, aż jak już zdecydowałam się, że to najwyraźniej nie to miejsce i nie ten czas - grom  z jasnego nieba. W zeszły piątek nasze psie stado powiększyło się o drugiego merlaka - tym razem sukę :) Jest w dość hardcorowym okresie swojego życia - bo i ma 9 miesięcy i do tego jest przed pierwszą cieczką :P Ze względu na swój dość wybuchowy charakter (wiadomo, jak to rude :P) została nazwana Ruby - imię demona z serialu namiętnie przez nas oglądanego  ( miała co prawda być Rory,  z innego serialu, mojej guilty pleasure Gilmore Girls, ale mamy zaprzyjaźnioną Nori, a imiona te praktycznie tak samo brzmią :) ).



Oto bohaterka :)

Jesteśmy już razem tydzień, więc udało mi co nieco zaobserwować i skrzętnie zanotować, nad czym będziemy musiały popracować:


19 komentarze

Sto lat Balu!

Dziś wypadają urodziny szczyla. Z małej puchatej kulki stanie się statecznym, poważnym i zrównoważonym owczarkiem (Tak mi obiecał! Wczoraj mówiłam do niego, a on zgadzał się ze mną merdając ogonem! :P).


Jak widać jesteśmy w nastroju wysoce rozrywkowym - tu zdjęcie z seminarium "Od zera do pakera" w MADzone - autorka Pola z +foto.



25 komentarze

Obrabianie tyłka - czyli nie takie znów głupie sztuczki cz.2 !

Ano, dzień dobry:)

Dziś podejmę się drugiej części przydatnych sztuczek - tym razem informujących psa o tym, że posiada dwie tylne łapki :) W domyślnych ustawieniach psa leży, że posiada on dwie przednie łapy, i to nadaje sobie kierunek, używa ich do zawracania - tylne łapy, to siła napędowa psa ( na marginesie - jest taka śmieszna prawidłowość przy obcinaniu pazurków u psa - najczęściej przednie nadają się do korekcji, a tylne są w większym stopniu ścierane).

Po co nam takie ewolucje? Ano bardzo przydają się we wszelakich psich sportach ( strefy w agility, wchodzenie tyłem między nogi we freestylu we frisbee, chodzenie przy nodze, dostawianie się do nogi w obedience). Naszym celem jest po prostu poinformować psa, że posiada więcej łap, których może używać niezależnie - osobiście zauważyłam, że szczyl dzięki świadomości tylnych łapek łatwiej potrafi się wymanewrować z jakiegoś wąskiego przejścia, potrafi zakręcić tyłem, zamiast "nawracać" całym ciałem.

Ja sobie przygotowałam taką mini - listę przeróżnych ewolucji, które można robić z psem, jak można kombinować, aby zwiększyć świadomość psiego ciałka. Oto ona:



Bal dostawiony do nogi, na kontakcie wzrokowym z obiektywem - musiałam się nieco wychylić (50mm, cóż:P), ale daliśmy radę ! :) )


11 komentarze

Jak to pies sobie aktywność wybiera ;)

Druga część (nie)głupiego sztuczkowania musi pozostać na następny tydzień, nie wyrobiłam ze zdjęciami (pogoda, jak na złość dopisywała, to raczej mnie należą się cięgi za niesubordynację :) ).

Dziś natomiast wprowadzimy Czytelnika w cudowny świat sportu z psem okiem początkującego, jeszcze nieopierzonego i nieotrzaskanego laika - mojej skromnej osoby. 

Jak już wspominałam tu już pacholęciem będąc marzyłam o posiadaniu psa. Następnie, gdy istotnie, psa posiadałam, chciałam takiego bardziej nastawionego na pracę z człowiekiem - najchętniej bordera albo aussie. Potem, w końcu udało mi się osiągnąć wymarzony cel (a tak naprawdę to los tak chciał, stawiając na mojej drodze kilka osób, kierując moje ścieżki tak a nie inaczej).

Z psich sportów onegdaj znałam tylko agility i flyball, ale one niespecjalnie we mnie burzyły krew. Wtem, po przeczytaniu kilku(nastu) artykułów, obserwacji znajomych, wczytywaniu się w rasy (długi, długi czas trwała we mnie batalia border vs. aussie) odkryłam obedience i frisbee (chyba, na dzień dzisiejszy, najbardziej medialny sport ). Obi dla mnie jest świetną formą pracy nad relacją człowiek - pies, tu nie ma szans na nieporozumienia. Pies praktycznie głównie z miłości do przewodnika wykonuje ćwiczenia, po których nie może być nagrodzony. Piękna sprawa, porozumienie na najwyższym poziomie.




O to to, takie psie spojrzenie, że tylko Ty się liczysz, że inni mogą nadmuchać, że najfajniejsza, że najkochańsza, że budowanie relacji, współpraca, treningi nie poszły na marne.

19 komentarze

Moje psie problemy i porażki - refleksja po wakacjach :)

Zgodnie z moim postanowieniem ( 1 post na tydzień, w systemie zmianowym - raz post psi, potem "normalny") dziś nastał czas na post podsumowujący nasze wakacje - głównie skupiłam się na elementach, które mają dla mnie kluczowe znaczenie a widać jakieś efekty (bądź ich brak) na tym polu.


Nawet nie wiem, kiedy nam minął ten tydzień :) Nałykani jodu, ogorzali od słońca i wiatru powróciliśmy z nowymi siłami do stałych (starych:P) obowiązków. Nie ukrywam, że i drugi tydzień by się nam przydał, ale póki co wystarczyło. Może w przyszłym roku :)



W końcu udało mi się spełnić marzenie i zrobić zdjęcie otrzepującemu się psu :)


Dla Baloo ten tydzień był bardzo obfity we wszelkie wrażenia, myślę też, że dużo się nauczył. Miał do czynienia z przeróżnymi sytuacjami, których nie napotyka codziennie (część poznawał za szczyla podczas najbardziej "gorących" tygodni socjalu :P). Oto kilka moich porażek "pedagogicznych" – przypominam, że młodzież jest właśnie w uwielbianym przez psiarzy okresie nastoletnim – ostatnio we wstecznym lusterku zauważyłam chyba swoje pierwsze siwe włosy :P

Dla nas po części była to nieustająca praca, i poniekąd, tak to wtedy odczuwałam, orka na ugorze, ale mam nadzieję, że idziemy ku dobremu. Posta opatrzyłam jednak tymi pozytywnymi zdjęciami, nie lękajcie się!

Behind The Web

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Obserwatorzy

Mój instagram

Instagram
Obsługiwane przez usługę Blogger.